To, co lubię najbardziej: zaszyć się z książką i przenieść w inny świat...
RSS
środa, 17 lutego 2010
Droga

Bezimienni. Szarzy. Zmęczeni i głodni. Nie wiadomo skąd idą, ale wiadomo dokąd zmierzają. Nie wiadomo co sprawiło, że są w drodze, ale wiadomo, że  droga ta nie jest dla nich łatwa, a punkt docelowy nie jest końcem przerażającej podróży w świecie bez przyszłości. Mężczyzna i chłopiec. Ojciec i syn. Przemierzają kraj spustoszony przez.. no właśnie, co? Wojnę? Kataklizm? Tego nie wiemy, faktem jest jednak, że świat przedstawiony przez McCarthy’ego, to świat zmasakrowany, okaleczony, przyobleczony całunem popiołu i obrzydliwy od widoku ciał dawno nieżywych, umierających w cierpieniach ludzi. Ci, którzy przeżyli to „coś’ walczą o każdą minutę swojego jestestwa zmagając się z głodem, zimnem i własnym okrucieństwem, które nierzadko przeradza się w kanibalizm. I w takim właśnie świecie dwoje ludzi, dorosły mężczyzna i jego kilkuletni syn, wędrują na południe kraju, nad ocean. Droga to ciężka, usłana przeciwnościami, droga, która nie daje nadziei, a jednocześnie nie pozwala obojgu wyzbyć się ostatnich odruchów człowieczeństwa. „Niesiemy światło” – powtarza często chłopiec, jak mantrę, która ma przypominać mu o dobru i miłości jakimi wypełnione jest jego serce i jakimi chętnie podzieliłby się z resztą tego chorego świata.

Ich droga nie kończy się dobrze. Nie spodziewałam się jednak lepszego końca niż opisał to McCarthy; czy jednak śmierć w świecie bez przyszłości nie jest lepszym rozwiązaniem niż obserwowanie siebie w powolnym konaniu?

Czytając tę powieść czułam potworne przygnębienie, miałam wrażenie, że zapadam się w jakąś czarną, nierzeczywistą otchłań, w której nie ma nic, co mogłoby napawać radością i nadzieją, zupełnie nic… Jednocześnie docierała do mnie powoli świadomość, że otaczający mnie świat jest tak niezwykle kruchy, a jego upadek opisany przez McCarthy’ego jest możliwy i bliższy bardziej niż mogłoby mi się wydawać. Być może takie jest przesłanie tej przerażającej powieści: zrozumieć i docenić szczęście jakim jest życie w naszym bądź co bądź kolorowym świecie, w którym marzenia nie są luksusem, a nadzieja jest wciąż żywa…

„Droga” to piękna książka, książka, która przeraża, a jednocześnie zachwyca, przede wszystkim językiem, który niczym pełna melodii poezja staje w opozycji do obrazów odartej z cywilizacji planety. Książka, która każe zatrzymać się i zastanowić nad własnym miejscem na ziemi i podziękować za to, że miejsce to nie jest napiętnowane rozpaczą i strachem…

21:18, augusta9
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 stycznia 2010
Marina

Zanim sięgnęłam po „Marinę” Carlosa Ruiza Zafona, przeczytałam wydane w Polsce wcześniej (aczkolwiek napisane przez autora dużo później) „Cień wiatru” i „Gra anioła”. Oczekiwałam więc fascynującej i przerażającej opowieści, zabłąkanej wśród uliczek Barcelony, która jest zarówno tłem, jak i jednym z bohaterów powieści. Z jednej strony otrzymałam dokładnie to, czego się spodziewałam, z drugiej byłam nieco rozczarowana… W moim odczuciu kolejność czytania tych trzech powieści powinna być dokładnie taka sama jak kolejność ich powstawania: w „Marinie” kunszt prowadzenia pełnej zagadek i dramatyzmu opowieści dopiero się u Zafona rozwija, aby rozkwitnąć w „Cieniu wiatru”, a następnie nabrać dojrzałości i mistrzostwa w „Grze anioła”. Świadomość na co autora stać powoduje niedosyt, gdy po „Marinę” sięga się na końcu…

Ale do rzeczy: głównym bohaterem i jednocześnie narratorem opowieści jest 15-letni Oskar Draia, wychowanek jednego z barcelońskich internatów położonych w dzielnicy wielkomieszczańskich pałacyków i rezydencji, zniszczonych przez czas i historię. Zafascynowany atmosferą dzielnicy Oskar często zapuszcza się w nieznane uliczki, by chłonąć ich czar. Pewnego dnia, w jednej z rezydencji, spotyka Marinę i jej ojca Germana; dziewczyna wydaje mu się równie, jeśli nie bardziej, fascynująca niż tajemnicze otoczenie, w którym mieszka. Znajomość ta jest początkiem niezwykłej przygody, niebezpiecznej i przerażającej, która pochłonie bez reszty myśli i czas Oskara przez kolejne miesiące. Razem z Mariną odkrywają straszną tajemnicę niegdyś bogatego i sławnego Michala Kolvenika, genialnego twórcy różnego rodzaju machin i urządzeń, jak nikt obeznanego z ludzką anatomią, współwłaściciela fabryki protez, żyjącego w Barcelonie w pierwszej połowie XX wieku. Ciąg niezwykłych wydarzeń, w które wplątują się Oskar i Marina, ich niemal obsesyjna chęć rozwikłania zagadki, której kolejne odsłony coraz bardziej wciągają zarówno bohaterów, jak i czytelnika sprawiają, że trudno się oderwać od opowieści. Tym bardziej, że Zafon, odkrywając powoli kolejne karty historii, wprowadza na scenę coraz to nowe postaci, równie zadziwiające i niesamowite jak tło, na którym rozgrywa się opowieść: czarną damę odwiedzającą bezimienny grób na cmentarzu, wspomnianego Kolvenika, który dzięki geniuszowi podniósł się z ubóstwa i stał się jednym z najsłynniejszych ludzi Barcelony lat 30 i 40, doktora Schelleya i jego córkę Marię, tajemniczego woźnicę Clareta (powóz w latach 70-tych XX wieku?! Tylko u Zafona), inspektora Floriana, którego młodzieńczą ambicją było pogrzebać świetność znienawidzonego Kolvenika, a przede wszystkim przerażające stwory atakujące bohaterów, których pochodzenia trudno się domyślić aż do samego końca, choć w pierwszej chwili na myśl przychodzi samo piekło…

A jednak w porównaniu z pozostałymi dwoma powieściami autora, ta jest w dziwny sposób przewidywalna. Być może sprawiło to u mnie już pewne obeznanie z piórem Zafona, a być może konstrukcja książki, prowadzenie opowieści i rys postaci, które dla uważnego czytelnika odkrywają w miarę sprawnie kolejne zamysły autora zanim on sam je ujawni.

Książka ma trzech głównych bohaterów: tytułową Marinę, narratora Oskara oraz Barcelonę. Trudno odmówić Zafonowi mistrzostwa w sposobie prezentacji miasta jako swoistej scenografii horroru, która na równi z ludzkimi postaciami żyje na naszych oczach, pełna zapachów, deszczowych dni potęgujących mroczną atmosferę, zagadkowych zaułków wypełnionych wspomnieniami i, jak pisze Zafon, „baśniowymi stworami”.

Z kolei Oskar, jako narrator, jest w moim odczuciu jedynie „przekaźnikiem” opowieści, jego postać nie pozostawia niezatartego wrażenia, nie skupiałam się na nim jako na szczególnie istotnej osobowości. Sam w sobie, bez Mariny, Barcelony i historii, w którą się wplątał, nie byłby w żaden sposób pociągający.

Natomiast Marina, inicjatorka całej przygody, to nieco tajemnicza osobowość. Autor nie rysuje jej psychologicznego portretu, czasem ma się wrażenie, że stoi nieco z boku całej zagadkowej historii Kolvenika, którą próbuje rozwikłać jej nowopoznany przyjaciel. Jednak staje się główną postacią zakończenia powieści, urzeczywistniając całą historię, która do tego momentu sprawia wrażenie, jakby działa się na granicy snu i jawy. Marina, ze swoją nieuleczalną chorobą, staje się na końcu ważniejsza niż sama historia Kolvenika, która traci nagle swój tragizm i staje się tłem dla ważniejszego i głębszego przeżycia, jakim jest emocjonalna więź chłopaka z umierającą dziewczyną. Postać Mariny spina całą historię: to ona prowokuje niezwykłe wydarzenia i ona zamyka opowieść. Gdyby nie Marina, nic znaczącego nie wydarzyłoby się w życiu zwykłego chłopca, jakim jest Oskar.

Dla miłośników niezidentyfikowanych gatunków powieści – bo ni to czysty horror, ni fantastyka, ni też historia miłosna, powiedziałoby się może „thriller” – to świetna książka do oderwania się od rzeczywistości. Jakże inaczej patrzy się wtedy na swoje miasto… Ileż nieodkrytych może się tam czaić zagadek…

21:30, augusta9
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 stycznia 2010
Początek
Nieprędko pojawi się tu post zgodny z przeznaczeniem tego bloga. Jednak zabieram się "świeżo" za czytanie, by wkrótce być gotową do zamieszczenia tu mojej recenzji.
Obiecałam sobie w 2010 roku określić jednoznacznie moją pasję - coś, co byłoby dla mnie odskocznią od codzienności, żmudnej pracy, chwilą skupienia na samej sobie... Coś, co niosłoby ze sobą tę szczególną wartość samo w sobie. Do tej pory za bardzo się rozdrabniałam i nie wychodziło mi to na dobre. Zdałam sobie jednak sprawę, że nie muszę określać czegoś, co już istnieje: mojej pasji do czytania książek :)
Wystarczy z tego zrobić dobry użytek!
18:35, augusta9
Link Komentarze (2) »
Lubię czytać